[fragmenty powieści] 02

Autor: Michał Krawiel, Gatunek: Proza, Dodano: 11 października 2011, 19:43:12, Tagi:  koniobijcy emo rozpierdol

OX4 04

 

            „Widziałeś uniwersytet?” , takie coś dostałem kiedyś na gg. Jakiś tam znajomy, taki daleki. Bardzo dobry do pożyczania kasy. Nic w sumie więcej, tylko parę razy pięć dych na studiach. Wypadało mieć jego gg, tylko z tego powodu. Oczywiście odpowiedziałem, że  nie. W dupie mam ten wielki uniwerek. Mój Ox. Moje OX4. Kwadrat. Zżyłem się z dzielnicą. Coś więcej niż uniwersytety i regaty. To całe życie między klubami na zachodzie, a dystryktem przemysłowym na wschodzie. Centrum handlowe. Bankomat i bank. Później w stronę pubu Łabądek. Za nim w prawo i prosto. W stronę pierwszej gwiazdy fabrycznej. Świecącej na nieboskłonie brytyjskim. Wysoko, hen ponad  dachami domów. Po drodze stacja benzynowa Total. Tam kanapki, napoje energetyczne i chleb w nocy. Po zmianie. Dwa ronda i już fabryka samochodów. Po pracy można iść do tesco, w tygodniu otwarte całą dobę. Wydać jakieś funty. Dobre na lenistwo. Nie chciało robić się kanapek, to musisz zabulić. Fabryka ogromna. Za ogrodzeniem wszystkie nacje palą szlugi. Najczęściej ze wschodniej Europy. Dwadzieścia funów za karton, to dobry interes. Nie płaćmy akcyzy Królowej. Hasło. Wielkie pospolite ruszenie. Piąta Międzynarodówka Palaczy. Łączmy się pod sztandarem  polskich fajek. Do boju za ceny tytoniu. Paczka fajek za pięć funów, chyba ich pojebało. Panie ja mam szlugi za dwa funy za paczkę. Łont sam fags,only tu pałnd for pak.

Siedzą za tym ogrodzeniem i wdychają dym. Zagryzają to wszystko kanapką. Zapychają dym makaronem. Ryżem. Polska kiełbasa. Polski chleb. Dwadzieścia pięć minut przerwy. Pierwszy dzwonek przypomina, że nie ma tak łatwo. W końcu czekają na nich ich drzwi do przykręcenia. Dywany do ułożenia na podłodze. Lusterka i tłumiki. Koła. Jedenaście godzin minus cztery przerwy po dwadzieścia pięć minut. Morning szift. Lejt szift. Pejslip co piątek. Łikend szift. Strumień funtów. Telefony do żony, matki. Ruchanie na imprezach. Odliczanie czasu do powrotu. Obliczanie kasy. Czy aby chuje nie oszukały. Później w sobotę rozmowy o tym, że nie policzyli nadgodzin. Szybka najebka. Regeneracja wątroby po sobocie i zaczyna się. Oj zaczyna się znowu. Podatki. Zwrot. Ubezpieczenie. Rok podatkowy i zmiana kodu na niższy. Bonusy na dziecko. Naukę i podnoszenie ogólnopojętej stopy życiowej przeciągające się. Pani po drugiej stronie słuchawki zapewne powiadam wam, że jest Pakistanką. Nic ta kurwa nie potrafi wytłumaczyć. Tak, tu czildren. Kurwa, aj dont anderstend. Pomożesz? Jak angielskim stoisz, może Ty kumasz? Ja dojeżdżam dwie godziny samochodem. Gud mani. Tak mija zmiana ranna i wieczorna. Za tym murem berlińskim, bo to Niemcy kupili całą fabrykę. Niemiecka precyzja. Wszystko wyliczone. Chłopaki już po przewie. Niemiecka precyzja, trzeba dobrze te podwozie dokręcić.

 

OX 4 05

 

Wspominam pierwszą pracę czasem. Jak pierwszą dziewczynę. Jak pierwszy film porno obejrzany. Tam poznałem Taboreta. Nie była to najkorzystniejsza prezentacja z jego strony. Śmierdział wódą w minibusie. Taki Polak modelowy. Nie o to chodzi, żebym się w stosunku do niego pomylił. Typowy pijaczyna, ale pocieszny. W sumie lepiej być takim, niż jebanym zarobasem. Zarobasem być, to tragedia. Siedzisz w kantynie i obliczasz wszystko. To za drogie. Jedziesz do Polski na holideja i kupujesz starą empetrójke i do tego kradzioną. Jak żyjesz, to żyj chociaż. Zarobas to nie pomoże. Szansy najmniejszej nie ma. Taki Taboret pomoże. Zarobas cię wyrucha. Pierwsza praca zawsze jest ekscytująca, bo wreszcie jakieś funty wpadają na konto w banku. Można już zacząć konsumować. Wydawać. Na pewno nie oszczędzać.  

Kiedy nie masz na życie, na jedzenie. Na rent. A później dostajesz pierwszą sallarkę za swoje chujowe roboty, to nie myślisz o tym, żeby oszczędzać. Zakupy. Buty. Ciuchy. Jedzenie. Mnóstwo jedzenia, żeby nie wpierdalać suchych płatków. Wtedy żyjesz na poziomie. Później tracisz pracę i znowu. Efekt konsumpcyjnego joja. Masz - nie masz. Nie masz i czekasz, aż będziesz miał. Handel bez gotówki. Dasz mi dwie paczki szlugów, a ja Tobie oddam we wtorek jak przyjadą z polski nowe. Jesz czyjeś żarcie z lodówki. Później oddajesz. Kupujesz kawałek sera więcej. Dokupujesz jogurt biotop nowy. Kumpel kupuje jarania za dwie dychy, a ty kupujesz za dwie następnym razem. Ktoś odpala później na splifa trochę. Życie się toczy. Później znowu jest hajs. Zaczynają się zakupy.

 

 

 

 

PLN 02

 

Siedząc na ławce pod blokiem. Jeszcze siedząc w Polsce. Kumpel wrócił na chwilę z Dojczów. Pije. Dużo. Już go kumple obskoczyli. Ja też już z nimi pije. Częstuje fajkami nas. Wrzesień ładny, w sam raz na posiadówkę pod trzepakiem. Pijemy dalej. Zostawiamy kiepy i  stos   puszek. Coraz większy i większy.

„Robisz tam. Łupiesz, żeby tylko tu przyjechać i pierwszy raz w życiu poczuć się panem sytuacji”, tak opowiada. Nie wierzę mu. Oj nie. Myślę o kasie. Ma fajnie. Kupił sobie zajebisty telewizor tu i konsole. Chce kupić niezłego notebooka. Jest już tak najebany, że kumplom udaje się go naciągnąć na dziwki. Dzwonią do znajomego. On jest na stówę trzeźwy. Księżyc wschodzi nad Warmią. Żółty jak jutrzejsze rzyganie pustym żołądkiem. Żółty jak całe Chiny i reszta Azji. Wschodzący księżyc wielki jak talerz. Przyjedzie. Pijany emigrant zapłaci za taksę. Zapłaci za ruchanie. Zapłaci za to, by poczuć się kimś. Wreszcie. Wypruje wreszcie jakąś laskę, bo tu jest przez holideja kimś. Nie jadę z nimi.

Pożyczamy od Janka kasę i masakrujemy się z Pawłem ostatecznie winami. Dokupujemy jeszcze w sklepie po paczce szlugów. I powrót do pokoju.

Jeszcze nie wiem co to znaczy, wreszcie poczuć się kimś. Nie byłem w kraju od zimy. Teraz na pewno nie czuję się kimś. Czuję zimno raczej. Czuję się cholernie niepewnie, bo już powoli przestaję wierzyć w pracę jakąkolwiek. Los się musi odmienić. Chcę kupić konsolę przynajmniej. Nie musi być nowej generacji. Może być trochę słabsza. I komputera też mogę chciałbym kupić. Do netu chociaż, żeby mieć kontakt jakiś. Życie jest zupełnie gdzie indziej. Życie jest w zakładach pracy. Dudniących rytmem przerw. Papierosy i pudełka z kanapkami. Jak już to masz, to wiesz już znacznie więcej. Wiesz, że życie jest jeszcze dalej. Tam gdzie pierwszy raz skaleczyłeś się w palec. Tam gdzie pierwszy raz lizałeś się z panną. Wiesz, tam znacznie dalej niż do palarni z buta. A w porównaniu do odległości od maszyny z colą, to już lata świetlne różnicy.

 

OX 4 06

 

Tak sobie stoję tu i zaczynam obmyślać, co bym zrobił z tysiącem funtów. Tak jakby ktoś podarował tysiąc pałndów. Jakbym je znalazł na ziemi. Nawet mogłyby być bardzo mokre. Wysuszyłbym. Żelazko od Asi z dołu pożyczył. Mógłbym tez włożyć w książki. Niech soki puszcza, to może będzie ich więcej. Zabarwią te książki i strony też będą banknotami. Coś wspaniałego. Perspektywa cudowna. Za tysiąc, to mógłbym kupić bilet. Tylko w jedną stronę, bo innej opcji nie ma. Gdybym je dostał od jakiegoś filantropa angielskiego, bo takie rzeczy się zdarzają. Jak ktoś ma w chuj hajsu, to się czasem w głowie przewraca. Mógłby chodzić we fraku i być jakimś lordem. Oczywiście w meloniku, bądź w kapeluszu. Taki obraz wyższych sfer. Brytyjskiej arystokracji. Tysiąc funtów. Samolot mógłby być nawet rejsowy. Nie tam żadne luton czy stansted. Co to to nie! Tylko hifroł. Samolot z wliczonym żarciem. Mógłbym też wygrać ten hajs w brytolskiego totka. Wiem, że grają i mają cos takiego tu. Nie wiem gdzie jest losowanie i który to u nich jest akurat dużym lotkiem, a który multlotkiem. W cooperativie często stoją dziadki i coś tam wypełniają. Mógłbym wpaść do jakiegoś kolegi, co ma telewizor. Nie musi mieć żadnej z tych platform cyfrowych. Starczy w zupełności telewizja odkodowana, w końcu zawsze tam są losowania. Nie będzie problemu. Może nawet w telegazecie będą wyniki. Telegazeta, to taki pierwszy Internet. Jezu jakbym miał te tysiąc funtów. Można też znaleźć walizkę z tym hajsem, albo portfel. Nie oddałbym.

Tysiąc funtów od Polski jestem teraz. To trochę mniej niż odległość w kilometrach. Inny przelicznik. Czemu z domu do Ox było tylko siedemset złotych?

Pierwsza wypłata, to było dwieście pięćdziesiąt funtów. Dwadzieścia pięć procent odległości do polski. Od tego czasu zrobiłem już ponad sześćset procent odległości do Polski. Tylko czemu dalej to i tak jest tysiąc funtów? Jedziemy tysiąc funtów.

 

OX4 07

 

Senność. Widzę senność. Jakby ta noc się wydłużyła. Wyciągnęła strasznie. Senność od samego początku Cowley Road. I tak wzdłuż. Do miejsca gdzie Cowley przechodzi w Oxford Road. Ja mniej więcej tam stoję. Poszedłbym na texaco. Pójdę. Znam texaco po tej porze jak własna kieszeń. Z tym ciapakiem za kasą. Skurwieli, który posądził mnie o kradzież. Kakaowy pedał. Ja akurat wtedy czekałem na kasę w bankomacie. Przyszedłem po prostu za wcześnie. Tak za dziesięć dwunasta, a kasa zawsze o dwunastej. Było zimno w dłonie, więc postanowiłem poprzeglądać gazety. Ogrzać opuszki palców. Nic nie kradłem, bo co niby? Gazety z cyckami? Czy może tygodniki o tych wszystkich gwiazdach popkultury brytyjskiej i amerykańskiej. Generalnie anglosaskiej. Pierdole go. Innym razem wkładam kartę visę debit z konikiem w bankomatową cipkę. Wybierema minimalne dwadzieścia funa. Nigdy nie brałem. Nigdy nie brałem wydruków, wolałem żyć w niewiedzy. Zapalam sobie lukistrajka. Podchodzi do mnie brzydka brytyjska dupa. „sory czy masz fajkę”, tak mówi. Oczywiście częstuję, bo to taki nawyk z Polski. „chcesz biznes?” pyta znowu. Pytam o rodzaj tego biznesu. Jakiś niewinny wtedy byłem. Laska jest za dwadzieścia, a ruchanie za cztery dychy.  Patrzę na nią. Odmawiam i idę na chatę . Innym razem po nocnej zmianie poleźliśmy z Gandalfem i Taboretem po wódkę. Usiedliśmy na murku przed chatą, ale wtedy skończyło się wchodzenie. Drzwi zamknięte, a my nie mieliśmy magicznych kodów dostępu. Nie mieliśmy netu, żeby ściągnąć cracka do tej imprezy. Zapaliliśmy fajki i ruszyliśmy na Świętą. Tam dopiliśmy co mieliśmy do dopicia i z Gandalfem zdecydowaliśmy, że pójdziemy do mnie po whisky. Była jakaś szósta czy coś. Tak dotoczyliśmy się do mnie. Mieszkałem wtedy blisko Texaco. Wzięliśmy ze sobą flaszkę i ruszyliśmy do parku. To był jakiś kwiecień czy coś. W zasadzie robiło się już jasno. Słońce nagrzewało i wysuszało chodnik. A może nawet nie było tak ciepło, a tylko ja tak zajebany straszliwie. Gdzieś między podobnymi do siebie domkami spotkaliśmy czarnucha. Brudas straszny. Pewnie bezdomny. Może menel. Może w ogóle jakiś schizol, bo to rano było. On szukał kogoś z bletakami, żeby splifa porannego zapalić. Gandalf miał srebrna rizlę. Niebo jakoś miało taki kolor dziwny. Jakby siniak pod paznokciem. Tak wokół tego guzika na wschodzie. Ja całkowicie już obojętny, a Gandalf jak zawsze z otwartością na gówno. Tak samo jak już parę miesięcy później spotkałem go w towarzystwie jakiegoś tyczkowatego Angola i dwóch czarnych dilerów. Park ten genialnie symetryczny. Wszystko wzdłuż i wszerz idylliczne. Piękna brama. Przesadzam. Brama poprawna, czyli obojętna. Otwarte metalowe drzwi z krat. Czy kraty. Czy cos tak trochę pod deseń wejść do fabryki samochodów. Za nim już tylko aleja. Później rozdziela się na dwie kolejne. W środku coś jak nasz swojski grzybek. Idziemy z czarnym w stronę grzybka. Słońce już wschodzi na całego. Promienie porozrzucane. Dobrze. Bardzo dobrze. Tak dobrze było tam sobie siedzieć. Gandalf próbował nawiązać kontak z czarnym. Ten pokazuje swój styl kręcenie blantów. Te jego oczy wpatrzone w palce i pod palcami bletke. Ruchy jubilera i księdza zarazem. Zegarmistrza. Chirurga. Pianisty. Klawesynisty. Trębacza na wieży mariackiej słońce nad grzybkiem już wysoko i księżyc jednoczenie też. Czarny podnosi skręta w dłoniach. Jak dziecko poronione w pierwszych tygodniach ciąży. Gandlaf chyba wtedy nawet płakał. Opuszcza roolupa i się żegna. Tak samo kiedy wcześniej zrobił znak krzyża, kiedy moczył brzeg rizlli językiem. Później go zapalili. Ja odmówiłem, bo w zasadzie bym już się nie obudził do końca niedzieli. Niebo rozrywa się na pół. Od Rose Hill po Hedington. Pęka bez najmniejszego szelestu. Szamańskie sztuczki czarnucha. Samoloty zatrzymują się jak latające talerze. Palą, a dziura w niebie wciąga dym jak wielki odkurzacz. Przeogromne ssanie. Słońce już całkowicie wzeszło. Prawie wpada w szczelinę między niebami. Tym wschodnim i tym zachodnim.

Komentarze (3)

  • Tyle opisu, że to bardziej traktat socjologiczny niż powieść, przynajmniej na razie, ale doskonały i całość bedzie pewno bardzo ciekawa. Może tylko pod koniec tego rozdziału ktoś przyśnie.

    • Czëa *
    • 11 października 2011, 20:30:02

    pozdrowienstwa dla wszystich nocnych octowanych frytek ze stejczkoucza nocnego. i nieustannie sterczacej paly calyroud

    • Szel _
    • 12 października 2011, 02:42:46

    dac octu?:p

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się