Fotele

Autor: Michał Krawiel, Gatunek: Proza, Dodano: 04 września 2012, 14:07:37, Tagi:  proza krawiel

Fotele

 

Sprawdzam komórkę po przebudzeniu. Asia moja była dziewczyna, z którą rozstałem się jesienią napisała do mnie o czwartej. Prosi mnie o kontakt, bo ma do mnie sprawę. Odpalam laptopa z którym zasnąłem. Zestawiam go z materaca i staram się zdrzemnąć. Olewam ją w tym momencie. Słabo spałem. Dziwne w sumie, że się do mnie odzywa sama. Najczęściej musiałem inicjować kontakt. Zasypiając zastanawiam się czy uda mi się ją znowu wydymać. Przez całą zimę jakoś mi się to udawało. Za każdym razem jak poznawała jakiegoś kolesia, zaciągałem ją do łóżka. Tak pro forma, żeby mieć jakąś stałą dupę. Ostatnio zapętliłem się i chyba wykorzystała moment mojej słabości. Poznała kogoś. Czasami szpieguję ją na facebooku, przez konta naszych wspólnych znajomych. No ale teraz czegoś chce. Niech teraz czeka, bo po kolejnym przebudzeniu mam ochotę na prysznic. Wybudzam się nim. Wychodzę po nim na balkon i zapalam papierosa. Mieszkam na czwartym piętrze i mam balkon z widokiem na nowy apartamentowiec. Obserwuję kobietę wieszającą pranie. Jest po trzydziestce i ma całkiem duże piersi. Odpisuję na sms. Pytam o co chodzi. Odpowiada prawie natychmiast, że chce się ze mną spotkać. Idę po kawę. Nie odpowiem za szybko, wietrzę w tym zabawę. Może się stęskniła. To byłoby całkiem fajne, bo znowu mógłbym dobrać się do jej piersi. Lubiłem je. Wracam na balkon z kawą. Odpisuję, że mogę się spotkać w okolicach czternastej. Nie proponuję spotkania u mnie, lepiej się podroczyć i budować napięcie. Odpalam konsolę i łupię w gry. W międzyczasie odpowiadam mi, że ok. sprawdzam godzinę. Jest jedenasta. Przejście przez ulice sklep, w którym zrobię zakupy. Kawa trzy w jednym i paczka petów. Wracam na swoje czwarte piętro i słucham muzyki. Umawiam się w Kortowie, na spacer. Jest ciepło, idealnie. Trawka. Jeziorko.

 

Czekam na starej pętli. Jestem parę minut przed czternastą. Nie lubię czekać zbyt długo, irytuje się tym. Jest jakieś dwadzieścia stopni. Zachmurzenie umiarkowane. Analizuję wszystko. Środa. Widzę jak wysiada z autobusu i od razu rusza w moją stronę. Ubrana jest w szarą bluzę i ciemne spodnie. Wygląda na zmęczoną, obawiam się, że czeka nas mało przyjemna rozmowa. Pamiętam jesień, kiedy czasami spotykaliśmy się na kawie. Była przybita i zestresowana. Miała brzydką cerę i czułem od niej trawiony alkohol. Nie skracam dystansu. Nie wyciągam dłoni. Nie dotykam, ona tez tego nie robi. Nie podoba mi się to. Stanowczo za mało w tym erotyki, a więcej jak na razie dramatyzmu. Nie chcę być dzisiaj bohaterem dramatycznym, jest zbyt ładna pogada. Od wódki wolę dzisiaj jointa. W sumie poza cześć całą drogę nie odzywamy się do siebie. Czuję od niej pretensję. Od jeziora robi się chłodniej, zakładam bluzę. Siadamy na ławce. Studenci piją na plaży piwo. Jest za chłodno na opalanie i wodę. Przed nami przechodzi para z dzieckiem, które ma na głowie jeszcze czapkę. Jej zachowanie to jesień, a moje bardziej przedwiośnie. Wyjmuję papierosy. Częstuję ją.

 

Co jest?

 

Patrzy na mnie i wiem, że jest na środkach uspokajających. Znam ten wzrok, obojętność. Dotykam dłonią jej policzków. Nie odsuwa się, ale też nie ma w niej żadnej zmiany.

 

Potrzebuję pomocy. W sensie moja koleżanka. Dalej możesz załatwić jakieś leki?

 

Może. Chcesz się czegoś napić? Możemy pójść do sklepu.

 

Kręci głową. Jest mocno zrobiona. Na moje oko to przynajmniej z trzy hydroksyzyny. Cud, że jeszcze nie zasnęła.

 

Jakie to leki. Jak powiesz mi konkretnie, to wieczorem się dowiem. I dam znać.

 

Częstuję ją kolejnym papierosem, ale ona odmawia. Odprowadzam ją na przystanek i idę do domu. Czuję się dziwnie, bo nigdy nie była tak daleko. Ze wszystkich bliskich mi osób, nikt nigdy nie był tak daleko. Wiem, że ludzie się rozstają i oddalają. To jednak było emocjonalnym przegięciem dla mnie. Nawet nie wytłumaczyła mi o co chodzi z tymi lekami. Zawieszam się nad tym i nawet nie zauważam, że zaczyna kropić deszcz. Chowam się na przystanku, kiedy zaczyna lać. Grzmoty. Pierwsza wiosenna burza. Kiedy Asia jesienią zaczęła spotykać się z kolesiem, którego znałem z imprez poczułem się urażony. Mimo tego, że pukałem w tym czasie moja znajomą. Zadzwoniłem do niej i zapytałem czy chce się spotkać. Powiedziała mi, że nie może teraz. Zagroziłem, że teraz, albo może się pierdolić. Przyszła po trzydziestu minutach do mnie. Odwołała spotkanie w sprawie pracy. Czułem się z tym zajebiście. Później powiedziałem, że musi już iść. Wróciłem do pokoju i zapaliłem lolka. Następnego dnia zapytała czy pójdę z nią na rower. Powiedziałem, że nie mam dzisiaj na to czasu. Deszcz nie przestaje padać. Wsiadam w autobus i jadę do domu. Na chuj jej jakieś leki na reumatyzm.

 

W wiadomości na fejsie pisze mi jakich tabletek potrzebuje. Jest już grubo po północy. Odpisuję, że dowiem się rano. Potrafię załatwić większość leków na receptę. Ciotka mojej koleżanki jest lekarką alkoholiczką. Wymyśliliśmy z Anią, że może podbijać jej pieczątką recepty, które będziemy później wypełniać. Na studiach czasami coś się na tym zarobiło. Częściej jednak bawiło się kombinacjami leków. Kiedy byłem jeszcze z Asią, to strasznie na temat tych leków marudziła. Uważała to za głupie i dziecinne. Była negatywnie nastawiona do wszelkich farmakologicznych eksperymentów. Widzę wszystko się zmienia. Siadam na tym balkonie i myślę o jej ciele. Podniecam się tylko bez sensu. Na wiadomość odpowiem rano.

 

Rano wysyłam nazwy leków do Ani. Wcześniej dostaję kilka wiadomości na komórkę z zapytaniem od mojej byłej. Musi jej mocno na tym zależeć. W sumie mogę to zrobić, ale przypomnę jej o tym co mówiła o lekach. Kopiuję wiadomość i wysyłam Ani. Idę pod prysznic. Nie mam na dzisiaj żadnych planów. Zamykam oczy i poddaje się wodzie. Przypominają mi się filmowe sceny. Jakiś wodospad. Opcje dwie. Pierwsza lodowata woda i Ameryka Północna. Opcja druga dżungla i Ameryka Południowa. Kiedy zaczynam pienić ciało uciekają. W tych skojarzeniach nie ma płynu pod prysznic. Wracam do pokoju i odpalam konsolę. Przez chwilę zastanawiam się czy z kimś nie umówić się na wieczór. Przeglądam listę znajomych w komórce i facebooku. Na chwilę obecną nic nie wpada mi na myśl. Nikt. Gram przez internet w Call of Duty. Plasuję się za każdym razem w środku stawki. Pomiędzy nastolatkami i typami z Korei Południowej. Parę razy zabić i parę razy zostać zabitym.

 

Leki jarały mnie od zawsze. Babcia miała ich całe mnóstwo. Opakowania biała z rożnymi kolorowymi elementami. Zawsze na koniec miesiąca marudzenie, że wydaję całą rentę na leki. Po jej śmierci zostało ich mnóstwo. Wszystko wylądowało w śmietniku. Nie wiem czy tak można. W pokoju moich rodziców była encyklopedia leków i mnóstwo folderów. Matka dostawała je na jakiś szkoleniach dla pielęgniarek. Tramal. Haloperidol. Permazyna. Clonomazepan. Hydroksyzyna. Jak można się tym nie jarać? Myślę o tym leżąc w łóżku. Momenty kiedy nie chcę nawet grać są częstsze latem, to chyba przez temperaturę. Odczuwam dyskomfort pocenia się i zapachu pościeli. Okna od południa są okropne. Tak jak teraz. Przewracam się. Myślę przez chwilę o tabeli angielskiej ekstraklasy. Przysypiam. Śni mi się winda na wydziale humanistycznym. Budzi mnie telefon od Pawła, który chce się ze mną napić piwa wieczorem. Wstępnie się zgadzam i wstaję. Wypijam zimną kawę, której nie dopiłem wcześniej. Zapalam dwa papierosy na balkonie. Odpalam komputer i sprawdzam. Ania odpisuje mi, że może ogarnąć te leki na wieczór. Nie będą drogie. Zastanawiam się co bym za nie chciał. Asia puszczająca się za leki. Ciekawe. Uśmiecham się myślę, że powinienem pójść na spacer. Wiosna, prawie lato. Latem ludzie mnie brzydzą bardziej. Zimą irytuje mnie ubiór, a latem ciało. Kropelki potu na niedogolonych pachach. Kropeczki na niedogolonych nogach. Ścisk w autobusach. Wolę rower. Doceniam taksówki. Brak interakcji z kierowcą. Latem miasto zamienia się w zatłoczoną dyskotekę w której nie ma klimatyzacji. Wysyłam sms, że na wieczór będą. Odpowiedź jest natychmiastowa: gdzie się ustawiamy?

 

Idę bezmyślnie parkiem i zastanawiam się nad formą zapłaty za przysługę. Przychodzi mi całe mnóstwo upokorzeń, które mogą sprawić mi przyjemność. Nic tak nie podpala jak obserwowanie drugiej osoby liżącej buty. Mijam grupy nastolatków kitrających browary. Pytają mnie o szlugi, nic nie odpowiadam. Siadam na ławce, nie mam nic przed sobą. Wszystko co mógłbym jej zrobić, już zrobiłem. Przebijam się przez starówkę. Mijam Most Jana i powoli kołuję. W domu sprawdzam maile. Portale społecznościowe i robię sobie mocnego drinka. Siadam na balkonie. Odpalam peta i słucham Bena Frosta. Pogoda się ustabilizowała i jest po prostu ładnie. Patrzę na Nagórki. Wieże na Pieczewie. Lewa półkula mojego mózgu odpoczywa. Wybieram sen. w drodze do materaca, dzwonie do mnie Ania i proponuję mała libację wieczorem. Nie odmawiam. Nie potwierdzam, również. Sam jeszcze nie wiem co mam zamiar robić wieczorem. Mogę sam się upić. Mogę się zjarać. Mogę z kimś się ruchać. Mogę grać na konsoli. Multum możliwości, mogę w sumie żadnej z nich nie wybrać. Po prostu zwalić sobie i zasnąć. Przy dźwiękach żydowskiej muzyki. Śpię jakieś dwie godziny. Chyba. Nie jestem pewien. Nie sprawdzałem zegarka przed. Mogłem spać i dziesięć godzin. Nawet nie mógłbym tego w jakikolwiek sposób zweryfikować. Wyszukuję paczkę i wyciągam papierosa. Nie jest rano. To wiem na pewno, bo nie mam erekcji. Odpisuję Ani, żeby będę. Poczułem jednak potrzebę towarzystwa. Ludzi. Kobiet. W miejscu, które nie jest moim mieszkaniem. Ania odpowiada, że ma dla mnie leki. Mogę odebrać je w trakcie imprezy, a mogę wcześniej. Znowu sam nie wiem. Tyle rzeczy zależy ostatnio od mojego humoru. Gówniarze drą się pod oknem. Pewnie wyjdę wcześniej.

 

Siedzę przy stole i kręcę lolki. Jeden lolek. Drugi lolek. Trzeci lolek. Czwarty na teraz. Najpierw ogarnę tabsy, które jakoś dostarczę Asi. Później zobaczymy. Włączam sobie odcinek Twin Peaks. Randomowo. Zjadam sałatkę z serem feta. Nic nie zaprzątam mojej głowy. Mam ochotę pobiegać, co rzadko mi się zdarza. Wiem, że tego dzisiaj nie zrobię. Sama chęć jest w takim wypadku irytująca. Zapalam i słucham dalej muzyki. Staram się nie wkręcą c w głowie żadnych analiz. Spokój i ład. Porządek i chill. Piszę sms, że idę. Uwalony kiedyś szedłem Cowley Road. Wystraszył mnie nocny lot. Wojskowy. Na grunwaldzkiej przestraszyła mnie tylko policja. Migając światłami za mną. Wsiadam w jedenastkę. Jadę pięć przystanków bezmyślnie obserwując grubą nastolatkę. Wbijam na drugie piętro.. Ania jest strasznie chuda. W miarę wysoka i ma ostre rysy twarzy. Włosy proste. Cała Ania. Otwiera mi drzwi prawą ręką. Lewą strzepuję popiół na podłogę.

 

Siema,

 

przeciąga powitanie. Wchodzę. Podaję jej dłoń. Prawą. Nie odzywam się. Przechodzę przez przedpokój. Wchodzę od razu do jej pokoju. Siadam na obdrapanym starym fotelu. Stojącym przy stole. Po drugiej stronie rozłożone łóżko. Pościel zwinięta w wezgłowiu. Biorę otwartą puszkę piwa i biorę z niej łyka. Jest świeże. Otworzyła przed chwilą. Na stole laptop. Opakowanie po lekach i pusta popielniczka. Sprzątała. Raczej. Lubie do niej wbijać. Nie ma tam nic co rozpraszałoby moja uwagę. Zero pamiątek. Szafka, stół, łóżko, fotel. Przypomina mi kaplice w szpitalach. Palimy papierosy, ona siedzi naprzeciwko. Na łóżku. Przez chwilę pisze z kimś przez komunikator, a później odpala muzykę.

 

Masz gratis ode mnie. Udało się załatwić za darmo,

 

przesuwa paczkę leków w moja stronę. Biorę ją i od razu chowam w kieszeń wiatrówki. Nie odpowiadam, tylko strzepuję popiół do popielniczki, która nie jest już pusta. Trochę nie trafiam. Kanabinol krąży mi w organizmie. Nie ukrywam, że lubię takie dni. Kiedy nic nie ma prawa się spierdolić, bo tak naprawdę nic się nie dzieje. Zmniejszanie obowiązków, dzięki temu nie ma najmniejszej szansy na porażkę. Aktywności w stylu jedzenie i sranie. Wychodzą mi idealnie. Wklejam się w obraz z fotelem. Jesteśmy całością. On chce, żebym na nim siedział. Ja chcę posadzić mój tyłek na czymś miękkim. Piszę sms do Asi, że mam. I możemy się jakoś ustawić zaraz, bo jestem blisko.

 

To jak z tym party,

 

pytam Anie, która wróciła znowu do pisania wiado na kompie. Niebieskie żyły wybrzuszają się na jej przedramionach. Powinna się dziarać. Wszystkie lesby w Nowym Jorku dodawałby jej foto na swoim tumblrze.

 

Zaczynamy u mnie. Jakieś alko, a później zobaczymy. Może zostaniemy. Jak nie, to miasto,

 

patrzę jak wypuszcza dym. Na pewno zostaną tu. Nawet nie pytam kto ma być. Komórka robi bip. Mam dać znać jak będę pod kebabem, to do mnie wyjdzie. Podnoszę się.

 

Będę za jakiś czas,

 

informuję Anię. Wychodzę. Nie odprowadza mnie. Za długo się znamy, a takich się nie odprowadza. Pod blokiem poprawiam wiatrówkę. Znalazłem ją kiedyś po gigu. Warto nie pić na koncercie. Liście szumią i tak dalej. Idę.

 

Pod kebabem łapie mnie gastro. Wchodzę i zamawiam frytki. Zjadam je i puszczam sygnał. Że już jestem. Tłuste ręce wycieram o żywopłot. Siadam na ławce pod jej klatką. Wychodzi w polarze i leginsach. Wygląda dużo gorzej niż w Kortowie. Może ja jestem bardziej zajebany po prostu i wszystko mnie brzydzi. Witamy się zimno. Podaję jej tabletki.

 

Ja spadam,

 

mówi mi i wchodzi na stopień.

 

A dziękuje. Czy coś, to nie usłyszę,

 

patrzę na nią i lubię siebie teraz mocniej. To ten moment, kiedy wiesz. Czujesz, że decyzja była słuszna i jesteś karawaną. Ona jest psem.

 

Dzięki,

 

i wchodzi. Ja idę do parku. Posiedzieć na ławce, aż znowu czegoś mi się zachce.

 

Wchodzę do Ani. Siedzi tam pięć innych osób. Trzech typów i dwie laski. Większość znam z widzenia. Pija piwo i gadają. Powoli dzielą się na grupki. Przed wejściem spaliłem lolka. Sam. Nie jestem zadowolony z tego, że tu jestem. Mogłem jednak zostać w domu. Tam mogę robić wszystko. Na przykład nie częstować nikogo fajkami i przy okazji. Nie słuchać pieprzenia. Lolek jest do seksu, albo grania w Fifę. Na pewno nie ma sensu po nim zawiązywać znajomości. Chyba, że dymać się. Siadam na fotelu. Tak jakby czekał na mnie. Znowu się zapadam w tym obdartym starociu. Wyłapuje jakieś strzępki rozmów. Nazwiska wspólnych znajomych. W większości młodszych ode mnie. Mało istotne informacje. Fragmentaryczne anegdoty. Bez pytania biorę cudze piwo. Otwieram. Zapijam suchość po blantach. Patrzę teraz na Anię i jest mocno spalona. W sumie to żadna nowość. Nudzę się tym i podchodzę do okna. Obserwuję karetkę wjeżdżająca pod szpital dziecięcy. Bez sygnału. Zapalam papierosa i otwieram szerzej okno. Jest przyjemnie. Nie pocą mi się plecy. Zaczynają się zbierać. Będzie jednak jakieś miasto. Mało wczułem się w to. Jak mam iść, to tylko taksówka. Jak mam iść, to liczę na atrakcyjne. Kobiety. Bardziej, niż w tej dziurze. Zawsze mogę zaproponować.

 

Zbieramy się sprawnie. Zewnątrz działa na mnie ożywczo. Nawet zaczynam myśleć, że będzie okej. Na pewno mam pustynię w ustach. Potrzebuję koniecznie drinka. Nie chcę opijać się większą ilością piw. Brzuch mi pęknie kiedyś od tego gazu. Zamawiamy dwie taksówki. Naciskałem na to. Udało mi się. Ania była po mojej stronie. BFF.

Ania, nie chce mi się. Najbardziej teraz,

 

muszę do nie gadać bo zaśnie. Już zaczyna opierać swoja małą głowę na moich wąskich ramionach. Ma na sobie koszulę. Jakieś ciemne spodnie. Podwinięte do łokci rękawy. Włosy ściągnięte w kucyk. Coś mi mruczy. Dobrze, że tylko podjeżdżamy. Na dłużej trasie ośliniłaby mi bluzę. Na szarym widać byłoby plamy. Kierowca parkuje pod Wysoką. Wysiadamy. Druga taksówka podjeżdża kilka sekund po tym jak podpalam papierosa. Idziemy do klubu. Mijamy małe grupki studentów. Jakieś licealistki. Arabów. Pod lokalem dopalamy papierosy. Rozmowy całkowicie olewam. Mój rejestrator jest wyłączony. Wchodzę do środka. Jakieś dziesięć osób skacze przed didżejką. Więcej kobiet. Przy barze zamawiam wódkę z energetykiem, żeby bardziej się rozruszać. Stanąć na parkiecie i zacząć się bujać. Żadna z lasek mnie tam nie interesuje i raczej nie zmieni się to do rana. Jakby mój popęd seksualny się wyczerpał. Suma wydupczonych lasek jest skończona. Akurat w tym momencie osiągnąłem limit na kilka lat. Spokojnie siadam na miękkiej sofie. Jest ciemno. Sączę alko i obserwuję ludzi podchodzących do baru. W większości zamawiają piwa. Ci z którymi przyszedłem podchodzą do mnie. Dosiadają się. Ania rozruszała się. Trzyma w dłoni browara. Szybkimi łykami pochłania piwo. Ja pochłaniam równie szybko przestrzeń. Muszę zwolnić na dzisiaj z paleniem, bo skończę jak Ania. Jej bliżej w tym momencie do warzywa. Kukły. Marzanny. To nie jest dobry stan i wiem, że jak nie przystopuje. To będę się musiał nią zająć. Odstawić na taksę. Koło północy włączyła się odpowiedzialność za bliskich. Dzisiaj padło na nią. Zostaje awansowana na najbliższą w klubie mi osobę. Wakacje są tak blisko, a ja wciąż nie mam stałej partnerki. Ania idzie tańczyć. Wstaję. Będę pilnował, żeby nie dała się przelecieć jakiemuś wieśniakowi. Idę za nią. Zaczyna bujać się na parkiecie, a ja opieram się o ścianę i sączę wódkę. Rozpuszcza włosy. Biorę łyka. Przymykam oczy, żeby trans zaskoczył. Trochę mi się udaje. Nie wiem jak długo to trwa, ale Ania mi ucieka. Idę do baru, tam jej nie ma. Nie siedzi przy żadnym stoliku. Wychodzę przed klub. Widzę jak przysypia. Siedząc na schodach naprzeciwko klubu. Podchodzę do niej. Siadam.

 

Zbieramy się. Idziesz kimnąć do mnie,

 

on coś marudzi. Nie do końca słyszę co. Podnoszę. Idziemy. Chwytam ją pod ramię. Dawno ni była tak zrobiona, może coś jeszcze łyknęła. Idziemy. Do mojej chaty mamy jakieś pięć minut. W takim tempie. Nie gadamy do siebie. Zachodzę jeszcze do nocnego. Zostawiam ją opartą o kamienicę. Kupuję wodę mineralną. Jakieś żarcie. Piwa na rano. Później wspinamy się na trzecie piętro. Wchodzę. Zdejmujemy buty. Sadzam ją na moim fotelu. Tym razem. Trochę nie da się z nią w tym momencie gadać. Odpalam komputer. Odpalam konsolę. Zapalam papierosa. Siadam na balkonie. Nie ma ciężkiego biustu sąsiadki. Jest bardzo późno. Patrzę na Nagórki. Wyrzucam niedopałek na drzewa. Wracam do pokoju. Siadam na materacu, a Ania wciąż zajebana. Podchodzi do mnie. Siada obok. I zaczyna się do mnie dobierać. Jestem zdziwiony, nie wiem co robić. To jakby matka. Siostra. Kumpel. Nagle złapał za krocze. Wyjął penisa. Wszystko.

 

Ania, to nie ma sensu,

 

mówię jej. Ona jest mniej zrobiona i to mnie tak dziwi. Patrzy na mnie.

 

Nie chcesz?

 

Mówi to z wyrzutem. Jak dziecko. Nastolatka. Jest urażona. Przez chwilę mógłbym z nią bzyknąć się tylko po to. Żeby nie sprawiać jej przykrości.

 

To nie będzie miało sensu. Tyle,

 

poza tym nie mam ochoty na seks. A jakby mi nie stanął. Tak myślę, że byłoby jej głupio. Bardziej niż mi. Chyba.. może równo. Nie wiem. Wkładam jej rozpuszczone włosy za uszy.

 

Zamów mi taksówkę,

 

mówi to i wraca na fotel. Wstaję i podchodzę do balkonu. Wyciągam komórkę. Dzwonię.

 

Będzie za pięć minut. Jesteś zła?

 

Zapala fajkę. Nie patrzy na mnie. Wstaje i idzie do drzwi. Odwraca się.

 

To która chce usunąć ciąże tymi lekami?

 

Zanim zdaję sobie sprawę. Ona już wychodzi. Jestem w szoku. Wchodzę na net i sprawdzam leki. Fora. Artykuły o kolesiu który siedzi za podanie leków swojej dziewczynie z gimnazjum. Czytam i nie mogę ogarnąć. Układam scenariusze i sprawdzam kalendarz. Obliczam. Ściska mnie w żołądku. Ostatecznie piszę maila do byłej. Spalam lolka i idę spać. Rano zadzwonię do Asi. Wkurwiłem się. W sumie.

Rano wchodzę po prysznic. Woda leci na mnie kilka miniut. Dopiero później nakładam na siebie żel pod prysznic. Wychodzę przed dziesiąta do sklepu. Kupuję bułki. Zastanawiam się co mam powiedzieć przez telefon. O co zapytać. Mam ja opierdolić. Wracam. Zjadam śniadanie. Biorę telefon.

 

Te leki były dla ciebie?

 

Zadaje pytanie. Nie mogę usiąść. Chodzę po domu z telefonem. Aśka przez kilka sekund nie odpowiada.

 

Dla mnie, a co?

 

Jest konfrontacyjna. Zaciskam pięść. Nie lubię jej takiej. Butna.

 

Usuwałaś?

 

Pytam wprost. Siadam tym razem. Na swoim fotelu. Biorę peta. Odpalam. Robię to wszystko przed jej odpowiedzią.

 

Nie musisz się o nic martwić. Tak jak nie martwiłeś się dymając mnie jakiś czas temu. Po sprawie,

 

zrywam się z fotela. Ona się rozłącza. Jestem wkurwiony. Dzwonię do niej parę razy. Nie dobiera. Siadam do kompa. Wstaję od niego. Otwieram piwo. Spalam ostatniego lolka z wczoraj. Dzwonię do koleżanki. Do innego miasta. Opowiadam jej o tym.

 

One tak mają. Zostawiłeś, to od razu jest w ciąży. Też tak zrobiłam kiedyś,

 

cieszy mnie jej odpowiedź. Myślę sobie, że jak tak. To luz.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze (6)

    • K B
    • 04 września 2012, 14:35:41

    Elegancko.

  • "Permazyna. Clonomazepan." - zabawne przeróbki (mazyna i mazepan działają na wyobraźnię, skojarzyłam ze zmazami z mazutu i Mazepą) od "pernazyna, clonazepan". Widziałam te leki kiedyś u kogoś na talerzu. Więc stąd to wyłapanie.

    "Tłuste ręce wycieram o żywopłot." - fajne to, jak i wiele innych fragm. Widziałam kiedyś ręce wycierane o firankę, ale o żywopłot lepsze.

    "Mieszkam na czwartym piętrze(...)", a niżej - "Później wspinamy się na trzecie piętro. Wchodzę. Zdejmujemy buty." - ta pomyłka bardzo szkodzi odbiorowi tekstu, który wydaje się być szczegółową relacją z życia, a okazuje się wymysłem. Ale może to i dobrze, że to nieprawda.

  • Literówki popraw chłopaku

  • Puenta do przewidzenia, czyli że czytelnik wiedział lepiej od bohatera co się święci, ale to oczywiście bardzo dobry i celowy autorski zabieg.

  • Autentyczny obraz z życia - nieodpowiedzialnych. Nie lepiej się zabezpieczyć, a potem "pukać" (okropne przenośna). Nigdy nie lubiłam takich zwrotów, kiedyś (nie tak dawno) młodzi mieli, jakis szacunek, do siebie, słów. Owszem bywało, niektórzy chłopcy mówili, "strugnął" ohyda.

    Opowiadanie chyba niedokończone, wg mnie, trzeba dowiedzieć się, czy była, nie była, w ciąży. A jeśli była i usunęła? Czy, peel powinien po telefonie uspokoić sumienie?. Chyba, że końcówka, dla odbiorcy, wedle upodobania.
    Pozdrawiam.

  • Masz kilka literówek.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się